Z pewnością starcia z Obcymi nie mogli uniknąć odpowiedzialni za utrzymanie porządku we wszechświecie członkowie Korpusu Zielonych Latarni. W 2000 roku czteroczęściowa mini-seria przybliżyła nam aż dwa spotkania Green Lanterna z ksenomorfami (jak przyjęło się czasem określać Alienów żeby mądrze brzmieć). Kiedy seria się ukazała Korpus już nie istniał, a ostatnim Latarnikiem w calutkim wszechświecie był Kyle Ryner, tak więc może z ówczesnej perspektywy pierwszy numer prezentujący nam dotąd nieznaną przygodę Hala Jordana z Obcymi wydawał się ciekawszy przywracając na chwilę czytelnikowi Hala- Latarnika. Z drugiej strony i tak, podobnie jak wszystkie takie między wydawnicze crossovery ten również nie należy do kanonu DC Universe, więc nic z tej przygody nie wynikało dla Green Lanternów, a sam historia z tego numeru to niestety czysta nuda.
Wprawdzie próbowano tu zasiać niepokój w sercach czytelników, ale trudno uwierzyć że oddział wyszkolonych oficerów Korpusu, uzbrojonych w pierścienie nazywane często najpotężniejszą bronią we wszechświecie jest naprawdę w niebezpieczeństwie z powodu Alienów, jakkolwiek groźni by nie byli. I rzeczywiście, Latarnicy rozprawiają się z problemem bez większych problemów, a jako szlachetni bohaterowie uznają, że wykorzystanie pierścieni do eksterminacji niegroźnych dla nich Obcych było by złe i w ogóle nie na miejscu. Zamiast tego postanawiają… przenieść Obcych na Mogo- żywą, inteligentną będącą członkiem Korpusu. Jakoś nie jestem pewien czy Mogo był zachwycony nowymi mieszkańcami, ale autorzy potraktowali go tu niestety jak jakikolwiek inny kawał kosmicznej skały, któremu nic do tego kogo się na niego zrzuca. Nieładnie. Mogo może nie jest towarzyski, ale w takiej chwili miałby chyba jednak coś do powiedzenia.
Im dalej w las tym niewiele lepiej- kolejne trzy numery to już przeskok do ówczesnej współczesności („ówczesna współczesność”- co te komiksy z człowiekiem robią) i historyjka o tym jak do Kyle’a Rynera przybyli byli członkowie aktualnie nieistniejącego Korpusu prosić go o pomoc- na Mogo (który najwyraźniej w tej mini-serii zajmuje się wyłącznie głęboką medytacją, albo może jego gaża za rolę mówioną była za wysoka jak n budżet tego komiksu, trudno powiedzieć) rozbił się statek, trafił prosto na Alienów i trzeba ratować załogę. Potem jest dość przewidywalnie- przybycie na Mogo, odkrycie że jest, cholera strasznie, spotkanie jedynej ocalałej która jest oczywiście piękną kobietą i zgubienie pierścienia żeby jednak narazić Kyle’a na jakieś ryzyko(marna i przewidywalna namiastka stopniowego zaniku mocy Supermana). Niestety wszystko jest totalnie wyprane z emocji, także Kyle’a dylemat moralny na temat eksterminacji obcych, i żadne próby zaskoczenia czytelnika się za bardzo nie udają.
Prawda jest taka, że Green Lantern vs Aliens to w dużej mierze powtórka z Superman vs Aliens, tyle tylko, że dość nijaka i przez to sprawia wrażenie zwyczajnie zbędnej. Szkoda, bo spotkanie Obcych z Latarnikami jak mówiłem wydawało się bardzo naturalnym pomysłem, który niewątpliwie można było lepiej wykorzystać.
Kod:Treść widoczna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.



LinkBack URL
About LinkBacks

Odpowiedź z cytatem






Zakładki